piątek, 25 marca 2016

Słabość żołnierza / Część I.

Witam Cię mój drogi czytelniku. Na początku chcę podziękować, że w ogóle poświęcasz swój czas na czytanie moich wypocin, którym daleko do ideału. To opowiadanie jest w pewnym sensie niedopracowane. Jest o tematyce wojennej, ale jako że niezbyt orientuje się w sprawach wojskowych może znajdować się tu dużo błędów rzeczowych, za które z góry przepraszam. Skoro się nie znasz na tym to po co piszesz? Wiem, że możesz tak pomyśleć. Ale po prostu czasami ni stąd ni zowąd przed oczami staje mi historia, którą chcę uwiecznić, nawet dla samej siebie. Tak było właśnie z tą. I muszę też uprzedzić, że pojawi się tu parę wulgaryzmów, które użyłam jedynie, by podkreślić emocje jakie przeżywają postacie. Mam nadzieję, że Cię zbytnio nie zniechęciłam. Miłej lektury! :)

_______________________________________________________



   Jestem żołnierzem i pod tym kątem zostałem wychowany. Nie rozumiem pojęcia: "matczynej miłości", bo nigdy nie miałem matki. Ojca zresztą też nie. Wychowały mnie koszary.
   Z nikim nie posiadam tak zwanych "bliższych relacji". Takim głupotom jak przyjaźń, czy miłość oddają się tylko ludzie słabi, a ja jestem silny. Poza tym wszyscy umierają, jedni wcześniej drudzy później, ale i tak każdego to czeka. Więc po co tracić na to czas i energię, skoro można je wykorzystać na kształtowanie sprawności bojowej? Moim jedynym celem w życiu jest powybijać wszystkich wrogów. Nie obchodzi mnie, czy nakażą mi zabijać dzieci, czy kobiety. Liczy się tylko ojczyzna, dla której powoli zatracam swoje człowieczeństwo.

~.~.~

  - W szeregu zbiórka! - Z charakterystycznym przeciąganiem ostatnich sylab, dowódca rozpoczął zbiórkę. Zająłem swoje miejsce przy końcu dziesięciometrowego szeregu. W tym czasie podsiwiały już mężczyzna, rozwinął starą, zapisaną wielokrotnie kartkę. Nasz obóz znajdował się pośrodku lasu, nikt nie zawracał sobie głowy dostawami papieru, w końcu są rzeczy o wiele bardziej potrzebne do przeżycia, niż czyste kartki do pisania.
   Odchrząknął i tonem wypranym z emocji powoli zaczął wyliczać nazwiska:
- Aroki, Asai, Endo. - Trzech żołnierzy nieróżniących się teoretycznie niczym, zrobiło krok do przodu, gdzieś na początku szeregu. - Furusawa, Hama, Hida, Ichiro. -  kolejni tym razem ze środka. - Kawachi, Kikuchi i... - piąty i trzeci w odległości do mnie, odruchowo przełknąłem ślinę. Z niewyjaśnionych powodów poczułem paraliżujący strach. Znacie to uczucie, gdy macie przeczucie, że za chwilę nastąpi coś co odwróci wasze życie o sto osiemdziesiąt stopni? Bo ja właśnie wtedy to poczułem. - ... Mabuchi. - Wystąpiłem do przodu, naciągając czarną czapkę, wojskową na oczy, które musiałem zasłonić, by nikt nie dopatrzył się w nich tego hańbiącego strachu. - Pozostali rozejść się.
    Zbliżyliśmy się do siebie, by ponownie utworzyć zwarty szereg.
- A więc waszym celem jest zaatakowanie małej wsi, tutaj na obrzeżach. - wyjął mapę i zaprezentował nam zaznaczony na czerwono punkt. - Ponoć mieszkańcy udzielają schronienia partyzantom. Pokażmy im czym się sprzeciw nam. - Zarówno dowódca jak i pozostali wykrzywili swoje usta w coś co miało być uśmiechem. Wyglądali jak szaleńcy, cóż w pewnym sensie nim byli tak działa wyzbywanie się uczuć.Zresztą ja jestem taki sam. - Macie wybić wszystkich bez względu na płeć i wiek. Zrozumiano?
- Tak jest, panie dowódco. - zgodnym chórem odparliśmy.
- Mabuchi będziesz dowodził. - kiwnąłem głową na znak, że akceptuję tą decyzję. Nie miałem innego wyboru, mimo że nienawidziłem brać za kogoś odpowiedzialności. Los tych ludzi był mi obojętny. Mimo, że to moi kompanii z oddziału, byli tylko zwykłymi maszynami., zresztą jak i ja. Naszym obowiązkiem jest przeżyć tylko po to, by powybijać jak najwięcej przeciwników. - Idźcie się przespać. W nocy wyruszacie. Odmaszerować.
   Równocześnie odkręciliśmy się na pięcie i ruszyliśmy do naszych kwater, a mianowicie drewnianych domków. W środku znajdowały się tylko łóżka, większość z nas została zwerbowana do armii w wieku dwóch-trzech lat. Ci którzy dołączyli później, przemycali pod łóżkami stare pamiątki po dawnym życiu.
   Nauczono mnie, by polecenia wypełniać bezwzględnie. Potrafiłem nawet sikać na zawołanie, więc sen nie był wyjątkiem. Gdy tylko przymknąłem powieki, zasnąłem głębokim snem.
   Obudziłem się pięć godzin później. Do zbiórki pozostało mi trzydzieści minut. Ubrałem się i chwyciłem mój wojskowy plecak ze wszystkimi potrzebnymi mi rzeczami, którego nigdy nie rozpakowywałem. Podszedłem do zbrojowni. W przydziale przypadło mi pięć granatów, pistolet, nóż i cała sakiewka naboi. Hmm... Niedawno musiały być dostawy...
   Pięć minut przed wyznaczoną godziną, byłem już gotowy do drogi. Spotkaliśmy się jeszcze z dowódcą, zameldowaliśmy gotowość i po paru krótkich instrukcjach wyruszyliśmy przez bór.
   Dotarliśmy na obrzeża lasu około północy. Przykucnęliśmy w krzakach i przez dziesięć minut w milczeniu analizowaliśmy teren. Powinno całkiem sprawnie pójść. Wieś składała się z około piętnastu gospodarstw, banał. Dałbym radę nawet i sam.
   Podzieliłem moich kompanów na trzyosobowe drużyny, którym nadałem numery od jednego do trzech. Ja postanowiłem działać w pojedynkę, ponieważ tak byłem skuteczniejszy, nikt mnie nie kontrolował. Następnie szybko opracowałem plan.
- Zajdziemy wioskę z czterech stron. Jedynka z zachodu, dwójka - północ, trójka - wchód. Ja zajmę się największym gospodarstwem na południu, a później uderzę w sam środek. - każdy z mężczyzn potwierdzająco kiwnął głową. - Więc do dzieła.
  Bezszelestnie przemykałem się po obrzeżach lasu. Ciemne barwy mojego ubrania idealnie zlewały się z otoczeniem. Byłem nie do wykrycia. Wioska leżała w dolinie, poniżej  poziomu lasu, co skutkowało tym, że musiałem ześlizgnąć się w dół po skalnym zboczu. Było to trochę ryzykowane, nawet mimo później pory. W końcu jakiś wieśniak może poczuć pilną potrzebę odwiedzenia wychodka... Kij z tym.
    Wybiegłem ze swojej kryjówki, biegnąc wprost do zbocza. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Wolę działać, niż gdybać nad rzeczami, na które nie mam wpływu. Na ugiętych nogach ześlizgnąłem się w dół. Pistolet cały czas przyciskałem do piersi. Znów poczułem to dziwne uczucie. Cholera, nie daj się temu. Masz misje.
   Podkradłem się pod okno, nadstawiłem uszu. Nie słyszałem żadnych niepokojących dźwięków, światła wszędzie były pogaszone. Uśmiechnąłem się na myśl, że zaraz przeleję krew wroga. Sprawnym ruchem otworzyłem zamek i wszedłem do środka. Nie zachowywałem się już cicho, chciałem by wiedzieli, że przyszedłem...
   Z pomieszczenia po lewej nadszedł mężczyzna około czterdziestki. Nie zdążył wypowiedzieć, ani słowa. Jeden celny strzał i już po nim. Upadł na ziemię, a krew poczęła tworzyć czerwoną kałużę i wnikać w dębowe deski podłogi. Spokojnym krokiem ominąłem zwłoki i ruszyłem dalej. Zobaczyłem kobietę, szeptem instruującą kogoś jak ma przede mną uciec. Głupcy... Myślą, że nie znamy ich języka. Nie jesteśmy tak aroganccy i pyszni jak oni. Im lepiej znasz przeciwnika tym łatwiej go pokonasz.
   Zrobiłem kilka szybkich kroków. Nie chciałem w końcu, by jakieś gówniarze mi się wymknęły. Pach! Idealny strzał w głowę, kobieta padła na łóżko, zakrwawiając swoją błękitną pościel. Nagle z pokoju sąsiadującego z sypialnią gospodarzy usłyszałem przepełniony bólem krzyk kobiety. O mało co nie wypuściłem pistoletu z rąk. Ta rozpacz w jej głosie poruszyła moje serce, które przez tyle lat próbowałem uśmiercić. Co jest kurwa? O co tu chodzi? W mgnieniu oka dezorientacje przemieniłem w gniew.
   Wyciągnąłem pistolet przed siebie i wbiegłem do chyba salonu. Nie wiem jakim cudem, ale jakby wyczułem jej położenie, jeszcze zanim moje oczy ujrzały ją pod zabytkową, drewnianą szafą. Ten naród miał odmienną wiarę i wierzył przeróżne stworzenia,w tym anioły, a ja miałem wrażenie, że właśnie jeden zstąpił z nieba i stoi przede mną z przerażeniem w oczach, broniąc najprawdopodobniej swojego młodszego brata.  O-ona... jest piękna. Miała rozpuszczone, brązowe włosy, lekko kręcące się przy końcach. Jej skóra była śnieżnobiała, buzia lekko pociągła z wystającymi kośćmi policzkowymi. Usta drobne, zarysowane delikatną linią, a oczy... Oczy były błękitne, lśniły od powstrzymywanych łez, próbowałem z nich coś odczytać, ale nie byłem w stanie. O ile ciało zdradzało strach i panikę to oczy patrzyły na mnie twardo, próbując jakby wciągnąć mnie w swoją głębię i uwięzić, Szczerze mówiąc nie miałbym nic przeciwko.
   Wyglądała na tak kruchą i bezbronną... Z całych sił powstrzymywałem się, by nie podejść i przytulić jej. Potrząsłem głową. Cholera. Otrząśnij się, musisz ją zabić. Pistolet trzymałem luźno opuszczony w prawej ręce. Podniosłem go i wycelowałem w dziewczynę. Przymknęła powieki, a na jej czarnych rzęsach zabłyszczała, kryształowa łza. Pierwszy raz w życiu nie panowałem nad własnym ciałem... Cały drżałem. Próbowałem nacisnąć spust, ale nie mogłem...
   Opuściłem pistolet i wściekły zakląłem pod nosem. Co się do kurwy nędzy ze mną dzieje?! Ze wściekłością, walnąłem pięścią w ścianę. Dziewczyna zareagowała natychmiastowo: otworzyła oczy i jeszcze bardziej nakryła chłopczyka własnym ciałem.
- Zabij mnie. Oszczędź go proszę... - mimo, że jej głos brzmiał łamliwie, był najpiękniejszym dźwiękiem jaki słyszałem w życiu i wiedziałem, że nie jestem w stanie sprzeciwić się niczemu co wyjdzie z jej ust.
- N-Nie zabiję was. - Czy jest aż na tyle słaby, by nie panować nawet nad głosem? Żałosne...
Wiedziałem zarówno, że mi nie uwierzyła jak i, że znam jej język zszokowało ją.
- Ty mówisz w moim języku?
- Jak widać.
- Wy pierdolone świnie! - jej gniew zaskoczył mnie mimo, że był tak oczywisty. - Pewnie podsłuchiwaliście nas przez ten cały czas! - widziałem, że straciła panowanie nad sobą. Strach przerodził się w nienawiść. Zamaszystymi krokami podeszła do mnie, a ja nie byłem w stanie nawet podnieść na nią pistoletu. Chwyciła mnie za kołnierz mojej kurtki i zaczęła potrząsać. Wyglądało to dość komicznie, jakby nie patrzeć ona przy moim metrze dziewięćdziesiąt, był przynajmniej o dwadzieścia centymetrów mniejsza. Zdawałem sobie sprawę, że może wyrwać mi broń i strzelić do mnie, ale była tak blisko mnie... Czułem jej obezwładniający zapach, wziąłem głęboki wdech i rozpoznałem w nim woń fiołków.
   Ona tymczasem patrzyła na mnie z niezrozumieniem i szokiem.
- No dalej zastrzel mnie! W końcu jesteś tylko maszyną da zabijania! - krzyczała, uderzając pięściami w moją klatkę piersiową, zadając mi tym sposobem psychiczny ból.
Nagle usłyszałem jak ktoś wchodzi do domu. Kurwa... Pewnie chłopaki już skończyli z całą wioską. Delikatnie odepchnąłem ją od siebie i pokazałem, że ma milczeć. Rozejrzałem się po pokoju, a z tyłu usłyszałem nawołujące mnie głosy mojej drużyny. Nie było gdzie ich ukryć... Cholera, cholera...
  Byli już w środku. Chłopak schował się do szafy, a dziewczyna stała spanikowana, nie miała gdzie się nawet schować. Otwierali już drzwi do sypialni. Kurwa... Raz się żyje.
  W ułamku sekundy położyłem jej rękę na szyi i... pocałowałem ją. Reszta z mojej załogi wydała wiwatujące okrzyki, a ja gestem dłoni nakazałem im wyjść. Posłuchali, ale ja nie potrafiłem oderwać się od dziewczyny. Całowałem ją namiętnie i niemalże brutalnie. Przyparłem ją do fioletowej ściany w białe pasy i z dzikością smakowałem jej ciała. Wstrząsały mną dreszcze rozkoszy. Czułem, że i ona zapewne wbrew samej sobie reaguje na mnie. Jednakże nagle...

wtorek, 8 września 2015

Love sorrow.


   - Baka! - nadęłam policzki i ostentacyjnie odwróciłam się na pięcie z teatralnym prychnięciem. Zza pleców usłyszałam cichy śmiech. Delikatnie objął mnie od tyłu rękoma. Przez chwilę udawałam, że chcę się uwolnić, ale zdecydowałam jednak zaprzestać tego i po prostu cieszyć się chwilą. Znajdowaliśmy się w parku. Jako, że właśnie była wiosna wszystko, aż kipiało zielenią: drzewa, trawa, małe łodyżki kwiatów, nawet część obecnych tutaj ludzi nosiło ten kolor na sobie. Jednak gdzieniegdzie dało się dostrzec i inne barwy. Pośrodku parku stała marmurowa fontanna, wokół której rosły tulipany. Delikatny wietrzyk poruszał liście i niósł ich szum po całym parku. Jednak nie było mi dane, zbyt długo rozkoszować się otaczającym mnie pięknem. Zero nachylił się i wtulił twarz w moją szyję. Jego oddech w mgnieniu oka przyśpieszył akcję mojego serca. Przyjemne dreszcze pobudzały każdą komórkę ciała. Krew skumulowała się na moich policzkach, nadając im różany odcień. Przymknęłam oczy i po prostu wsłuchiwałam się w jego lekko przyśpieszony oddech. Może zabrzmię w tej chwili jak jakiś zboczeniec, ale uwielbiałam słuchać podczas pobierania powietrza. Czułam, że moje miejsce jest przy nim. Mimowolnie przypomniałam sobie mój stosunek do niego na początku znajomości. Bałam się okazywać jakiekolwiek uczucia, uważałam, że nie zasługują na niego, chociaż nie, ja nadal tak uważam. Jednak z perspektywy czasu stwierdzam, że była to tylko wymówka. Tak naprawdę obawiałam się, że gdy otworzę się przed nim to mnie zostawi. I szczerze mówiąc ciągle się boję... Ale strach nie powinien mnie hamować. Ktoś przecież w końcu powiedział: "Żyj jakby miało nie być jutra".
   Oparłam ciężar ciała na jego umięśnionej klatce piersiowej.
- Kocham Cię wiesz? - wyszeptałam.
- Ja Ciebie też skarbie. - przybliżył usta do mojego ucha - I to ty jesteś baka, Baka.
Zaśmiałam się.

  Nasz związek rozkwitał, nabywając coraz to nowe barwy. Każdy kolejny dzień z nim traktowałam jako dar od Boga. Nim się obejrzałam stał się moim sensem życia. Jednak obawy nadal pozostały. Czasami, gdy rozmawialiśmy, on popadał w stan zamyślenia. Wiedziałam, że myśli wtedy o swojej byłej, która zginęła w wypadku niecały rok temu. Udawałam, że tego nie zauważałam, ale to tak cholernie boli... Często, gdy rozmawiam o związkach z różnymi ludźmi padają słowa: "Żałuję, że nie poznałam go/jej wcześniej.", ja tylko wtedy się uśmiecham. Gdybym poznała Zero wcześniej nigdy nie bylibyśmy razem.

   Nadszedł 29 lipca. Był późny wieczór, zmęczona wylegiwałam się na kanapie. Walczyłam z sennością, jednak oczy same mi się zamykały. Gdy już jedną nogą byłam w krainie Morfeusza, usłyszałam pukanie do drzwi.
- Kogo to tam do licha niesie. - mruknęłam wyraźnie niezadowolona.
Powoli "doczołgałam "się do drzwi. Lekko zadrżałam, gdy chłodne, nocne powietrze dosięgło mojej skóry.
  Rozejrzałam się uważnie, ale nikogo nie było.
- Co do licha? - cofając się, moja noga o coś zahaczyła. Okazała, oprawiona w zabarwioną na niebieską skórę księga leżała u moich stóp. Uklękłam i podniosłam ją. Była cięższa, niż mi się wydawało, ważyła dobre sześć kilo.Weszłam z nią do domu. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam oderwać od niej wzroku. Usiadłam na wspomnianej wcześniej kanapie i zaczęłam przeglądać książkę. Na okładce wyryty był napis: "Magia poświęcenia", nie było podanego autora. Zaczęłam wertować pożółknięte strony. Mniej więcej w połowie dotarłam do zaznaczonej kartki. Na prowizorycznej zakładce napisane było: "Zastanów się zanim dokonasz wyboru.". Zastanów? Ale nad czym? Skupiłam swoją uwagę na treści. Po trzech linijkach mało nie wypuściłam wiekowego tomu z rąk. To wszystko skierowane było do mnie... Zwracano się do mnie po imieniu... Opisywano fakty z mojego życia... Co jest kurna?  Znów powróciłam do czytania.
   Po wstępie skierowanym bezpośrednio do mnie, ujrzałam tytuł; " Rytuał ożywienia". Opisywał jakiś obrzęd, mogący przywrócić do życia zmarłą osobę. "Przepis" jego przygotowania był dość dziwny... Potrzeba było na jakąś rzecz nieboszczyka, położyć garść swoich włosów, a następnie skropić to krwią, która według księgi musiała pochodzić z tętnicy, albowiem jest w niej więcej "życiowej energii". Na końcu napisano, że może to zadziałać jedynie w rocznicę śmierci zmarłego. W algorytmie postępowania wytłuszczonym drukiem napisano: "By przywrócić komuś życie, musisz poświęcić inne. Albowiem nie ma nic za darmo. Życie za życie to zasada nadrzędna." Nie wiem dlaczego, ale wyszeptałam:
- Jutro mija pierwsza rocznica od śmierci Ayumi... - Tak właśnie miała na imię była dziewczyna Zero. Otrząsnęłam się i odruchowo chciałam zamknąć księgę, ale przypadkowo dotknęłam palcem tytułu rytuału. Poczułam jak coś wyrzuca mnie z ciała. Nagle znalazłam się w pokoju Zero. Dębowe okna pozasłaniane były fioletowymi zasłonami. Fiołkowe ściany teraz były czarne. W pierwszej chwili myślałam, że nikogo tu nie ma. Lecz nagle bezkonturowy kształt przy łóżku wyostrzył się i dostrzegłam mojego chłopaka całego zapłakanego. Obejmował się umięśnionymi ramionami, odzianymi w swoją ulubioną czarną bluzę. Trząsł się. Zanim zorientowałam się, już szłam do niego. Chciałam go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Jednak, gdy moje palce już miały go dosięgnąć, z jego ust usłyszałam.
- Ayumi... Dlaczego to musiałaś być Ty? Ayumi... Aya... Wróć do mnie... J-ja... - głos mu się łamał - Kocham Cię i potrzebuję... Proszę wróć.
Nagle straciłam grunt pod nogami. Upadłam, nie wydając żadnego dźwięku. Zdałam sobie sprawę, że jestem tu tylko duszą, ale mimo, że to niemożliwe, miałam to gdzieś. W sercu sterczał mi nóż. Wszystko straciło sens. Przymknęłam oczy. Po ich otworzeniu znajdowałam się znów u siebie. Łzy spływały mi dwoma strumieniami, które pod podbródkiem łączyły się w potok. Nie mogąc wytrzymać bólu, zagłębiłam ręce we włosy. On mnie nie kocha... Nigdy nie kochał... Miałam ochotę skończyć ze sobą. Ale nagle uświadomiłam sobie, że przecież to mógł być tylko sen. Tak to na pewno był sen...
   Chwyciłam leżący na małym stoliczku telefon i wybrałam numer Zero. Odebrał po piąty sygnale.
- Halo? - słyszałam jak próbuję zamaskować swój stan. Nie odzywałam się, skupiając się, by nie wybuchnąć płaczem.
- Kochanie? Co jest? - słysząc te czułe słówka, miałam ochotę wymiotować.
- Zero... - z trudem wymówiłam jego imię - Czy masz na sobie teraz Tą swoją ulubioną bluzę?
- Ee... Tak. Ale skąd to pytanie?- To mi wystarczyło. Kliknęłam czerwoną słuchawkę.
  Jakby w amoku poszłam do kuchni. Chwyciłam największy nóż i przystawiłam sobie do szyi. Chłód metalu dawał mi spokój. Już chciałam wykonać ten jeden ruch, gdy ni stąd ni zowąd przede mną znalazła się "Magia poświęcenia", otwarta tam gdzie znajdował się rytuał. Teraz na całej kartce rozciągał się napis: "Życie za życie". Otarłam łzy pięściami, chwyciłam księgę i wybiegłam z domu.

   Pobiegłam nad rzekę. Wspięłam się na najwyższe drzewo. Moim celem była gałąź znajdująca się idealnie po środku. Nad nią znajdowała się dziupla, włożyłam do niej rękę i wyjęłam jej zawartość. Złoty łańcuszek Ayumi. Ponoć schowała go tu kiedyś, by drzewo przechowało go jej.
   Nie zawracałam sobie głowy powolnym schodzeniem w dół. Po prostu zeskoczyłam. Jakiś nieprzyjaznym chrupot wydobył się z mojej nogi. Olałam to i wróciłam pędem do domu.

  Usiadłam na turkusowych kafelkach w łazience. Wokół mnie leżały: taca, nóż, nożyce, naszyjnik Ayumi i księga. Postępowałam zgodnie z instrukcją. Najpierw na tacy położyłam medalion, później ścięłam pukiel swoich włosów i na koniec trzęsącymi palcami nacięłam skórę w miejscu znajdowania się tętnicy. Krew wypływała wartkim strumieniem.
- Zero, wiem, że nigdy mnie nie kochałeś... Byłam dla Ciebie tylko zabawką na pocieszenie... - łzy, które myślałam, że udało mi się opanować, znów zaczęły spływać po moich policzkach. - Ale dla mnie jesteś całym światem... I kocham Cię ponad wszys... - Nie dane mi było skończyć, straciłam przytomność.

  Obudziłam się jakby w szklanej gablocie.Nie mogłam poruszyć ciałem. Paniczny strach wkradł mi się do serca, ale z całych sił starałam się go zdusić. Po paru minutach gapienia się w szklany sufit, udało mi się odkręcić głowę na bok. Dostrzegłam drugą taką samą klatkę tylko, że w niej znajdowała się kupa kości. Jako, że nie mogłam zrobić nic innego wpatrywałam się w nie. Po jakichś piętnastu minutach (bynajmniej wydawało mi się, że tyle minęło), zaczęły one obrastać w mięśnie, później w tkanki, aż w końcu pojawiły się śladowe ilości skóry.
   Niespodziewanie przez moje ciało przeszły gwałtowne fale bólu. Smród gnijącego ciała spowijał mnie i doprowadzał do wymiotów. Dodatkowo jakiś przeraźliwy krzyk wwiercał mi się w uszy. Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że rozpoznaję ten głos. Należał do mnie.
   Nagle do pomieszczenia, w którym się znajdowałam ktoś wszedł. Nie mam pojęcia, dlaczego moje przepełnione rozrywającym bólem serce na ułamek sekundy zaznało ulgi, ale za chwilę ją utraciło.
- Ayumi? Boże Ayumi? - z łamiącym się sercem obserwowałam jak Zero klęczy przed drugą gablotą. Teraz zamiast ludzkiego szkieletu znajdowała się dziewczyna pomimo swojej nienaturalnie, bladej skóry, była piękna. Ideał dla każdego faceta, również i dla tego, którego kochałam...
  Ból w piersi się nasilił, a ja - mimo, iż myślałam, że to nie możliwe - wrzeszczałam jeszcze głośniej.
Nagle pomiędzy mną, a dziewczyną stanął niebiesko-skóry mężczyzna. Był wysoki i umięśniony, a niezwykła barwa jego ciała nadawała mu tajemniczość. W ręce trzymał przedmiot, który zadał mi tyle bólu - księgę. Wykonał gest i niewidzialną siłą, przeniósł Zero, przylepionego do klatki Ayumi, tuż przed siebie. Gdy chłopak spojrzał mu w oczy, przemówił niskim głosem.
- Witaj śmiertelniku. Zostałeś ściągnięty po to, by dokonać wyboru. Możesz przywrócić swoją ukochaną do życia. Jednak cena jest wysoka. "Życie za życie". Ta zasada jest nadrzędna.
- Kogo życie muszę poświęcić? - zapytał rzeczowym tonem mój "chłopak".
Niebiesko-skóry zaśmiał się głośno.
- Właśnie to w was uwielbiam. Byłeś tak skupiony na zmarłej, że nie dostrzegłeś żywej. - Nagle niebieskie światło zalało moją klatkę.
- Suzuka? - jego ciało wyrażało szok.
Mężczyzna znów się zaśmiał i tym razem skierował swoje słowa do mnie. - Jesteś pewna, że chcesz poświęcić życie dla kogoś takiego? - miałam wrażenie, że jego granatowe oczy wiercą mi dziurę w głowie.
- Jestem pewna. - wypowiedziałam, powstrzymując się od wycia z bólu.
- Interesujące. - podrapał się po podbródku i po chwilowym przypatrywaniu mi, się przeniósł ponownie wzrok na Zero - A więc decyduj, uratujesz zmarłą, czy żywą? I radziłbym Ci się pośpieszyć. Twoja... Jak to wy mówicie? A... Dziewczyna, właśnie doświadcza wątpliwego zaszczytu śmierci poprzez gnicie ciała. Jako, że te klatki są dźwiękoszczelne nie słyszysz jej krzyków agonii, powinieneś się cieszyć, uwierz mi na słowo. - odruchowo skuliłam się w kłębek, a więc ja... gniję? Więc stąd ten smród...
- J-ja nie mogę wybrać... To... za duża odpowiedzialność...
Poprosiłam w myślach księgę ( po pewnym czasie skojarzyłam fakty, że ten mężczyzna to tak naprawdę księga), by Zero mógł usłyszeć mój głos.
- Przestań pieprzyć. - coraz trudniej było mi łapać oddech, gnicie musiało dosięgnąć i mochi płuc- Dobrze wiem, że byłam dla Ciebie tylko cholerną zabawką. Nigdy mnie nie kochałeś. - łzy, które wypływały z oczu nie były przezroczyste, miały barwę zielono-szarą, a w raz z wodą i solą, spływały fragmenty mojego ciała.
- Suzu... Ja przepraszam... - chciałam zatkać uszy, by nie słyszeć tych kłamstw. Jednak nie mogłam... W połowie drogi moja dłoń odpadła... - Ja... wybieram Ayumi...
- Niech w takim razie tak będzie. Jakem Zroyan Pan Przeznaczenia nakazujem Ci czasie, odbierz życie tej niewiaście, - wskazał ręką na mnie - a oddaj tej oto zmarłej.
Gdy tylko dokończył te słowa Zero i Ayumi zniknęli. Zostałam ja i mężczyzna.
- Zaimponowałaś mi śmiertelniczko. Nagrodzę Cię jednym życzeniem.
Leżałam około pięć minut bez ruchu. Ból rozrywał każdą komórkę mojego ciała, ale to nie było najgorsze. Dopiero teraz odkryłam, że cały czas miałam nadzieję, że on wybierze jednak mnie. Szczerze mówiąc cieszyłam się, że umieram.
- Ja... - słowa były niewyraźne, z każdym ruchem musiałam uważać, by szczęka mi nie odpadła. - ... chcę, byś wymazał mnie z tego świata...
Pokiwał głową i rzekł:
- Da się zrobić. - szepnął coś, po czym zniknął.


Umierałam tak jeszcze przez parę godzin. Samotna, wymazana ze świata, gnijąca powoli. Przez ten cały byłam przytomna i odczuwałam ból. Koniec nadszedł, gdy zgniło mi serce...

sobota, 20 czerwca 2015

Miłość bez granic / Część 1.


   Estarus to niezbyt duży kraj położonych na wschodnich kresach kontynentu Mahjoka. Nie wyróżnia się zupełnie niczym na tle innych państw, może poza jednym. Mieszkał tam rycerz, którego imię znał każdy na wszystkich dziesięciu kontynentach. Był dumą cesarza Akihito. To dzięki niemu, w dużej mierze, zdołał odeprzeć atak Lakritończyków. Na imię mu było Taichi. Pochodził ze szlacheckiego rodu Okumura, a jego rodzicami byli słynni łowcy potworów Satsuki i Ryuu.
   Chłopiec od zawsze był sam. Rodzice traktowali go bardziej jako bardzo cennego konia wyścigowego, którego widywali tylko raz na parę tygodni, by nacieszyć nim oczy i ewentualnie pochwalić się komuś. Służba nie ośmielała się nawet na niego spojrzeć. Jako, że ich rezydencja stała odizolowana wysoko w górach, nie miał szansy, by nawiązać kontakt z rówieśnikami.
   Jedyną osobą, która postrzegała go jako małego, wymagającego miłości chłopca, był jego sensei - Bunta. To właśnie dzięki jego naukom stał się mistrzem w posługiwaniu się mieczem. Jednak prócz roli nauczyciela pełnił jeszcze jedną, ważniejszą rolę - przyjaciela. Pamiętaj Taichi, nie stajesz się silny dla siebie. Stajesz się silny po to, by w przyszłości bronić słabszych od siebie. - chłopak słyszał te słowa z ust senseia paręset razy, przez co głęboko zakorzeniły się w jego sercu.
   Tak jak wymagano od młodego Okumury, całe swoje życie podporządkował podłużnemu kawałkowi metalu. Jego jedyną rozrywką były pojedynki i udział w wojnach. Ludzie uważali go za szczęśliwego młodzieńca, który posiadał w życiu cel - ochronę innych. Jednak nikt nie dostrzegał jego pragnienia do zaznania rozkoszy miłości. On sam stracił nadzieję na to, że kiedykolwiek się zakocha. Uważał tak do czwartego dnia w miesiącu wilka...
   Wracał właśnie z audiencji u króla. Jako, że nie przepadał za tłumem, jeśli musiał przemieszczać się po mieście, wybierał boczne alejki. Rozpoznawano go w całym królestwie, więc nie musiał obawiać się ataku złodziei, którzy polowali na niemagicznych. Jednak dzisiaj coś nakazało mu wybrać drogę przez główne targowisko. Nie mógł tego wiedzieć, ale właśnie w tej chwili przypieczętował swoje przeznaczenie.
  Odrobinę skrępowany omiatał wzrokiem stoiska handlarzy z okolicznych wiosek. Ukihara jest jedynym miastem w okolicy, toteż nigdy tu nie brakowało wieśniaków sprzedających swoje towary po oczywiście jak najniższych cenach. Opanowanie nie było Taichiego mocną stroną, więc gdy widział gruszki po trzy wungle, gdy normalnie kosztowały jeden, nie mógł powstrzymać się od złośliwego chichotu.
  Dochodził właśnie do głównego placu, wybetonowanego kawałka ziemi, na którym zbierano się, by wysłuchać obwieszczeń cesarza lub rady. Jego uwagę przyciągnął tłum gapiów. Zaintrygowany stanął na pobliskiej drewnianej skrzynce, nie była zbyt duża, zresztą nie musiała, Taichii był niezwykle wyrośniętym mężczyzną, mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt. Dostrzegł, że ludzie ustawili się w okrąg, otaczając kobietę i mężczyznę. Ten drugi był zapewne szlachcicem (osoba potrafiąca władać magią), nie było w nim nic wyróżniającego się, długi czerwony płaszcz ze złotymi ozdobami do tego najprawdopodobniej jedwabne, czarne spodnie. Na tle innych umagicznionych można go było jedynie rozróżnić po długich, kasztanowych włosach.
   Za to kobieta była jedną z tych osób, na które raz spojrzysz, a zapamiętasz je na całe życie. Fioletowe włosy miała rozpuszczone, a grzywkę splecioną w mały warkoczyk, który przylegał do jej okrągłej twarzy. Ubrana była w niezbyt długą takiego samego koloru jak włosy spódnicę i czarną, dopasowaną bluzkę z dolnym brzegiem obszytym koronką. Na to narzucony miała płaszcz szlachecki, jednak nie on standardowego kroju jak u tamtego mężczyzny. Był w dość nietypowym kolorze - białym, posiadał bufiaste rękawy, a jego krawędzie były jakby postrzępione. Nogi przyodziane miała w białe buty oraz czarne podkolanówki. W ręce dzierżyła biało-różową różdżkę. Próbowała zgrywać odważną, jednak wystarczyło tylko uważniej się przyjrzeć, by dostrzec drżące kolana.
   Mężczyzna obrzucał dziewczynę lubieżnym wzrokiem.
- Jeśli teraz to odszczekasz, może Twoja kara nie będzie, aż taka dotkliwa. - oblizał się. To wyglądało tak ohydnie, że Taichiego, aż przeszły ciarki po plecach. Wiedział co ten oblech, miał na myśli. Zacisnął pięści ze wściekłością i zszedł z skrzynki. Idąc, słyszał zdesperowany głos fioletowo-włosej:
- Jakem Suzuka z rodu Aizawa prędzej umrę.
- Jeśli tak chcesz. Dixus Ampera!
Cholera.
 Taichi zaczął biec. Ta szumowina właśnie rzuciła zaklęcie paraliżu, jeśli go nie powstrzyma ta świnia zgwałci ją na oczach tych wszystkich ludzi.
   Przepychał się przez tłum. Jego ciało rozpalał niewyobrażalny gniew. Jednak, gdy dotarł do początku ludzkiego kręgu, nie zobaczył tego czego  się spodziewał. Jakaś piękna kobieta stała przed osobliwym magiem. Ubrana była krótką sukienkę, sięgającą do połowy ud. Nogi miała bose, otoczone jedynie białym materiałem, przewiązanym czerwonym sznurkiem. Jej długie, czarne włosy przyozdabiała wielka, biała kokarda. W jednej ręce utrzymywała masywną włócznię, której ostrze było skierowane wprost na gardło oblecha. Głos jakim wypowiedziała słowa, przeszył całe ciało Taichiego, wiedział, że już nigdy nie będzie mu się dane od niego uwolnić.
- Masz trzy sekundy, żeby uciec. Raz... Trzy!
Rycerz stał jak zaczarowany, jego serce wybijało nienaturalny, przyśpieszony rytm. To najpiękniejsza kobieta jaką widziałem. - pomyślał.

wtorek, 5 maja 2015

3 pociski.

 

  Pierwszy nadleciał znienacka. Przeszył jej ciało i utkwił gdzieś w kości, nie wiedziała dokładnie jakiej, biologia nigdy jej zbytnio nie interesowała.
   Ciało zakołysało się delikatnie. Czerwona stróżka stopniowo poczęła barwić jej białą koszulę. Krople spływały powoli. Podróżowały po tkaninie jakby z góry wytyczoną ścieżką, od lewego barku zygzakami, aż do prawego rękawa, skąd powolutku skapywała na czarną ziemię. Za chwilę wahania...
   Jakby na zawołanie przed oczyma pojawiła jej się scena, którą tak bardzo pragnęła wymazać z pamięci.

   Ciemny pokój. Pośrodku krzesło, a na nim skrępowany chłopak. Umięśnione ciało jest napięte do granic możliwości. Desperacko próbuje się uwolnić z lnianych więzów, jednak jest za słaby.
   Podchodzę do niego - prawie bezszelestnie - wyjmuję nóż ze specjalnej skrytki i chwytam go za czarną czuprynę. Patrzy na mnie swoimi błękitnymi oczyma przepełnionymi panicznym strachem. Przywodzą na myśl jezioro, które desperacko broni się przed bezlitosnymi promieniami słońca.
   Moja dłoń drży, po raz pierwszy w życiu się waham. Robię krok w tył, nie wytrzymując wewnętrznego napięcia. Przygryzam dolną wargę. W ustach czuję metaliczny posmak krwi. Mocniej chwytam ostrze, jakby wierząc, że jego ciężar doda mi odwagi. W końcu biorę zamach i wykonuje wyuczony ruch. Czuję jak ostrze rozcina napiętą skórę. Krew tryska na wszystkie strony. Zabarwia moje ręce szkarłatem, którego nigdy nie będzie mi dane w całości zmyć.

  Drugi nadleciał gdzieś z boku. Z pozoru delikatnie musnął wewnętrzną część kolan. Po chwili klęczała na zimnej ziemi, nogi pokryte były ciągle tryskającą czerwienią.  Spojrzała w bok, na ziemi widniał krwawy napis: Za chwilę słabości.
  Zaśmiała się. Wiedziała, że nadejdzie ten dzień, w którym po raz kolejny zostanie jej to wypomniane i zapłaci krwią za najpiękniejszą chwilę w swoim życiu. Zamyka oczy, chcąc przeżyć to jeszcze raz.

    Jego pokój jest całkowicie inny niż w jakimkolwiek byłam. Gdyby ktoś kiedyś kazał mi namalować magiczne miejsce, właśnie tak by wyglądało. Błękitne ściany przyozdabiane abstrakcyjnymi obrazami. Wielkie okno naprzeciwko drzwi. Jednak najbardziej niezwykłą rzeczą, w całym tym obrazie byłby Zero - chłopak, który właśnie zaryzykował całe swoje życie dla mnie. 
   Siedzi na łóżku, a ja speszona przestępuję z nogi na nogę w kącie pokoju. Widząc moją niepewność, delikatnie poklepuje miejsce koło siebie, jednocześnie po darowując najpiękniejszy uśmiech w dziejach ludzkości.
  Patrzy na mnie i wypowiada słowa, które momentalnie topią mój lęk.

- Nie pozwól im zniszczyć i tej chwili.
Siadam mu na kolanach przodem do niego. Oplata mnie w pasie swoimi umięśnionymi rękoma. Wplatam palce w jego brązową czuprynę. Czuję, że emocje przejmują nade mną kontrolę. Całe ciało jest rozpalone, od wewnątrz trawi mnie ogień. Marzę, by stać się z nim jednością.
  Przechyla się lekko do tyłu, powoli opuszcza nas na łóżko, w taki sposób, że leżę pod nim. Chwytam go ramionami za szyję, nie mogąc znieść tej pustej przestrzeni pomiędzy nami. Uśmiecha się, po czym powolutku łączy nasze usta. Nigdy w życiu tak się nie czułam. Jakbym była pod napięciem. 

   Usta Zero smakują upragnioną wolnością, chcę się w nich zatracić. Pocałunek z początku delikatny, przeradza się w nieokiełznane  pragnienie dwóch bratnich dusz. W pewnym momencie czuję coś mokrego na policzku. Chłopak spogląda na mnie zaniepokojony, a ja targana wszelkimi możliwymi emocjami cicho szepczę:
- Nie opuszczaj mnie nigdy, kocham Cię. - on w odpowiedzi uśmiech się szeroko.
- Będę już zawsze przy Tobie, bo też Cię kocham.
Po tych słowach zatarły się wszystkie granice. Oddałam mu każdy kawałek swojego ciała i duszy za tę jedną obietnicę, której i tak nie dotrzymał.
   Rano odnaleźli nas splecionych i wtulonych w siebie. Oderwali mnie siłą od niego i wyprowadzili. Uczepiłam się ściany i ostatni raz spojrzałam na niego. Jeden z Goryli właśnie strzelił mu w serce. Przez całą tą scenę patrzył mi w oczy. Na koniec wyszeptał tylko cicho:
- Kocham Cię Suzu... - po tych słowach jego zielone oczy wygasły,  a ciało bezwładnie opadło.

   Wybudziła się z tego wspomnienia siłą. Z oczu wypływały strumienie łez. Chciała krzyczeć, ale nie mogła, była zbyt słaba. Marzyła o śmierci.
  Trzeci i ostatni pocisk padł z bardzo bliska. Trafił w sam środek jej serca. Powoli ból zaczął znikać, krok po kroku jej dusza odchodziła w ciemność. W ostatniej chwili swojego życia usłyszała cichy szept:

- Za całokształt.

poniedziałek, 4 maja 2015

Dobry wieczór. ~

Zowię się Hirane, a ten blog poświecę swoim opowiadaniom. Fabuła ich będzie różnorodna, być może oparta na jakimś animcu. Także nie bd was już dłużej zanudzać i zapraszam do lektury. ~ :3