Estarus to niezbyt duży kraj położonych na wschodnich kresach kontynentu Mahjoka. Nie wyróżnia się zupełnie niczym na tle innych państw, może poza jednym. Mieszkał tam rycerz, którego imię znał każdy na wszystkich dziesięciu kontynentach. Był dumą cesarza Akihito. To dzięki niemu, w dużej mierze, zdołał odeprzeć atak Lakritończyków. Na imię mu było Taichi. Pochodził ze szlacheckiego rodu Okumura, a jego rodzicami byli słynni łowcy potworów Satsuki i Ryuu.
Chłopiec od zawsze był sam. Rodzice traktowali go bardziej jako bardzo cennego konia wyścigowego, którego widywali tylko raz na parę tygodni, by nacieszyć nim oczy i ewentualnie pochwalić się komuś. Służba nie ośmielała się nawet na niego spojrzeć. Jako, że ich rezydencja stała odizolowana wysoko w górach, nie miał szansy, by nawiązać kontakt z rówieśnikami.
Jedyną osobą, która postrzegała go jako małego, wymagającego miłości chłopca, był jego sensei - Bunta. To właśnie dzięki jego naukom stał się mistrzem w posługiwaniu się mieczem. Jednak prócz roli nauczyciela pełnił jeszcze jedną, ważniejszą rolę - przyjaciela. Pamiętaj Taichi, nie stajesz się silny dla siebie. Stajesz się silny po to, by w przyszłości bronić słabszych od siebie. - chłopak słyszał te słowa z ust senseia paręset razy, przez co głęboko zakorzeniły się w jego sercu.
Tak jak wymagano od młodego Okumury, całe swoje życie podporządkował podłużnemu kawałkowi metalu. Jego jedyną rozrywką były pojedynki i udział w wojnach. Ludzie uważali go za szczęśliwego młodzieńca, który posiadał w życiu cel - ochronę innych. Jednak nikt nie dostrzegał jego pragnienia do zaznania rozkoszy miłości. On sam stracił nadzieję na to, że kiedykolwiek się zakocha. Uważał tak do czwartego dnia w miesiącu wilka...
Wracał właśnie z audiencji u króla. Jako, że nie przepadał za tłumem, jeśli musiał przemieszczać się po mieście, wybierał boczne alejki. Rozpoznawano go w całym królestwie, więc nie musiał obawiać się ataku złodziei, którzy polowali na niemagicznych. Jednak dzisiaj coś nakazało mu wybrać drogę przez główne targowisko. Nie mógł tego wiedzieć, ale właśnie w tej chwili przypieczętował swoje przeznaczenie.
Odrobinę skrępowany omiatał wzrokiem stoiska handlarzy z okolicznych wiosek. Ukihara jest jedynym miastem w okolicy, toteż nigdy tu nie brakowało wieśniaków sprzedających swoje towary po oczywiście jak najniższych cenach. Opanowanie nie było Taichiego mocną stroną, więc gdy widział gruszki po trzy wungle, gdy normalnie kosztowały jeden, nie mógł powstrzymać się od złośliwego chichotu.
Dochodził właśnie do głównego placu, wybetonowanego kawałka ziemi, na którym zbierano się, by wysłuchać obwieszczeń cesarza lub rady. Jego uwagę przyciągnął tłum gapiów. Zaintrygowany stanął na pobliskiej drewnianej skrzynce, nie była zbyt duża, zresztą nie musiała, Taichii był niezwykle wyrośniętym mężczyzną, mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt. Dostrzegł, że ludzie ustawili się w okrąg, otaczając kobietę i mężczyznę. Ten drugi był zapewne szlachcicem (osoba potrafiąca władać magią), nie było w nim nic wyróżniającego się, długi czerwony płaszcz ze złotymi ozdobami do tego najprawdopodobniej jedwabne, czarne spodnie. Na tle innych umagicznionych można go było jedynie rozróżnić po długich, kasztanowych włosach.
Za to kobieta była jedną z tych osób, na które raz spojrzysz, a zapamiętasz je na całe życie. Fioletowe włosy miała rozpuszczone, a grzywkę splecioną w mały warkoczyk, który przylegał do jej okrągłej twarzy. Ubrana była w niezbyt długą takiego samego koloru jak włosy spódnicę i czarną, dopasowaną bluzkę z dolnym brzegiem obszytym koronką. Na to narzucony miała płaszcz szlachecki, jednak nie on standardowego kroju jak u tamtego mężczyzny. Był w dość nietypowym kolorze - białym, posiadał bufiaste rękawy, a jego krawędzie były jakby postrzępione. Nogi przyodziane miała w białe buty oraz czarne podkolanówki. W ręce dzierżyła biało-różową różdżkę. Próbowała zgrywać odważną, jednak wystarczyło tylko uważniej się przyjrzeć, by dostrzec drżące kolana.
Mężczyzna obrzucał dziewczynę lubieżnym wzrokiem.
- Jeśli teraz to odszczekasz, może Twoja kara nie będzie, aż taka dotkliwa. - oblizał się. To wyglądało tak ohydnie, że Taichiego, aż przeszły ciarki po plecach. Wiedział co ten oblech, miał na myśli. Zacisnął pięści ze wściekłością i zszedł z skrzynki. Idąc, słyszał zdesperowany głos fioletowo-włosej:
- Jakem Suzuka z rodu Aizawa prędzej umrę.
- Jeśli tak chcesz. Dixus Ampera!
Cholera. Taichi zaczął biec. Ta szumowina właśnie rzuciła zaklęcie paraliżu, jeśli go nie powstrzyma ta świnia zgwałci ją na oczach tych wszystkich ludzi.
Przepychał się przez tłum. Jego ciało rozpalał niewyobrażalny gniew. Jednak, gdy dotarł do początku ludzkiego kręgu, nie zobaczył tego czego się spodziewał. Jakaś piękna kobieta stała przed osobliwym magiem. Ubrana była krótką sukienkę, sięgającą do połowy ud. Nogi miała bose, otoczone jedynie białym materiałem, przewiązanym czerwonym sznurkiem. Jej długie, czarne włosy przyozdabiała wielka, biała kokarda. W jednej ręce utrzymywała masywną włócznię, której ostrze było skierowane wprost na gardło oblecha. Głos jakim wypowiedziała słowa, przeszył całe ciało Taichiego, wiedział, że już nigdy nie będzie mu się dane od niego uwolnić.
- Masz trzy sekundy, żeby uciec. Raz... Trzy!
Rycerz stał jak zaczarowany, jego serce wybijało nienaturalny, przyśpieszony rytm. To najpiękniejsza kobieta jaką widziałem. - pomyślał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz