piątek, 25 marca 2016

Słabość żołnierza / Część I.

Witam Cię mój drogi czytelniku. Na początku chcę podziękować, że w ogóle poświęcasz swój czas na czytanie moich wypocin, którym daleko do ideału. To opowiadanie jest w pewnym sensie niedopracowane. Jest o tematyce wojennej, ale jako że niezbyt orientuje się w sprawach wojskowych może znajdować się tu dużo błędów rzeczowych, za które z góry przepraszam. Skoro się nie znasz na tym to po co piszesz? Wiem, że możesz tak pomyśleć. Ale po prostu czasami ni stąd ni zowąd przed oczami staje mi historia, którą chcę uwiecznić, nawet dla samej siebie. Tak było właśnie z tą. I muszę też uprzedzić, że pojawi się tu parę wulgaryzmów, które użyłam jedynie, by podkreślić emocje jakie przeżywają postacie. Mam nadzieję, że Cię zbytnio nie zniechęciłam. Miłej lektury! :)

_______________________________________________________



   Jestem żołnierzem i pod tym kątem zostałem wychowany. Nie rozumiem pojęcia: "matczynej miłości", bo nigdy nie miałem matki. Ojca zresztą też nie. Wychowały mnie koszary.
   Z nikim nie posiadam tak zwanych "bliższych relacji". Takim głupotom jak przyjaźń, czy miłość oddają się tylko ludzie słabi, a ja jestem silny. Poza tym wszyscy umierają, jedni wcześniej drudzy później, ale i tak każdego to czeka. Więc po co tracić na to czas i energię, skoro można je wykorzystać na kształtowanie sprawności bojowej? Moim jedynym celem w życiu jest powybijać wszystkich wrogów. Nie obchodzi mnie, czy nakażą mi zabijać dzieci, czy kobiety. Liczy się tylko ojczyzna, dla której powoli zatracam swoje człowieczeństwo.

~.~.~

  - W szeregu zbiórka! - Z charakterystycznym przeciąganiem ostatnich sylab, dowódca rozpoczął zbiórkę. Zająłem swoje miejsce przy końcu dziesięciometrowego szeregu. W tym czasie podsiwiały już mężczyzna, rozwinął starą, zapisaną wielokrotnie kartkę. Nasz obóz znajdował się pośrodku lasu, nikt nie zawracał sobie głowy dostawami papieru, w końcu są rzeczy o wiele bardziej potrzebne do przeżycia, niż czyste kartki do pisania.
   Odchrząknął i tonem wypranym z emocji powoli zaczął wyliczać nazwiska:
- Aroki, Asai, Endo. - Trzech żołnierzy nieróżniących się teoretycznie niczym, zrobiło krok do przodu, gdzieś na początku szeregu. - Furusawa, Hama, Hida, Ichiro. -  kolejni tym razem ze środka. - Kawachi, Kikuchi i... - piąty i trzeci w odległości do mnie, odruchowo przełknąłem ślinę. Z niewyjaśnionych powodów poczułem paraliżujący strach. Znacie to uczucie, gdy macie przeczucie, że za chwilę nastąpi coś co odwróci wasze życie o sto osiemdziesiąt stopni? Bo ja właśnie wtedy to poczułem. - ... Mabuchi. - Wystąpiłem do przodu, naciągając czarną czapkę, wojskową na oczy, które musiałem zasłonić, by nikt nie dopatrzył się w nich tego hańbiącego strachu. - Pozostali rozejść się.
    Zbliżyliśmy się do siebie, by ponownie utworzyć zwarty szereg.
- A więc waszym celem jest zaatakowanie małej wsi, tutaj na obrzeżach. - wyjął mapę i zaprezentował nam zaznaczony na czerwono punkt. - Ponoć mieszkańcy udzielają schronienia partyzantom. Pokażmy im czym się sprzeciw nam. - Zarówno dowódca jak i pozostali wykrzywili swoje usta w coś co miało być uśmiechem. Wyglądali jak szaleńcy, cóż w pewnym sensie nim byli tak działa wyzbywanie się uczuć.Zresztą ja jestem taki sam. - Macie wybić wszystkich bez względu na płeć i wiek. Zrozumiano?
- Tak jest, panie dowódco. - zgodnym chórem odparliśmy.
- Mabuchi będziesz dowodził. - kiwnąłem głową na znak, że akceptuję tą decyzję. Nie miałem innego wyboru, mimo że nienawidziłem brać za kogoś odpowiedzialności. Los tych ludzi był mi obojętny. Mimo, że to moi kompanii z oddziału, byli tylko zwykłymi maszynami., zresztą jak i ja. Naszym obowiązkiem jest przeżyć tylko po to, by powybijać jak najwięcej przeciwników. - Idźcie się przespać. W nocy wyruszacie. Odmaszerować.
   Równocześnie odkręciliśmy się na pięcie i ruszyliśmy do naszych kwater, a mianowicie drewnianych domków. W środku znajdowały się tylko łóżka, większość z nas została zwerbowana do armii w wieku dwóch-trzech lat. Ci którzy dołączyli później, przemycali pod łóżkami stare pamiątki po dawnym życiu.
   Nauczono mnie, by polecenia wypełniać bezwzględnie. Potrafiłem nawet sikać na zawołanie, więc sen nie był wyjątkiem. Gdy tylko przymknąłem powieki, zasnąłem głębokim snem.
   Obudziłem się pięć godzin później. Do zbiórki pozostało mi trzydzieści minut. Ubrałem się i chwyciłem mój wojskowy plecak ze wszystkimi potrzebnymi mi rzeczami, którego nigdy nie rozpakowywałem. Podszedłem do zbrojowni. W przydziale przypadło mi pięć granatów, pistolet, nóż i cała sakiewka naboi. Hmm... Niedawno musiały być dostawy...
   Pięć minut przed wyznaczoną godziną, byłem już gotowy do drogi. Spotkaliśmy się jeszcze z dowódcą, zameldowaliśmy gotowość i po paru krótkich instrukcjach wyruszyliśmy przez bór.
   Dotarliśmy na obrzeża lasu około północy. Przykucnęliśmy w krzakach i przez dziesięć minut w milczeniu analizowaliśmy teren. Powinno całkiem sprawnie pójść. Wieś składała się z około piętnastu gospodarstw, banał. Dałbym radę nawet i sam.
   Podzieliłem moich kompanów na trzyosobowe drużyny, którym nadałem numery od jednego do trzech. Ja postanowiłem działać w pojedynkę, ponieważ tak byłem skuteczniejszy, nikt mnie nie kontrolował. Następnie szybko opracowałem plan.
- Zajdziemy wioskę z czterech stron. Jedynka z zachodu, dwójka - północ, trójka - wchód. Ja zajmę się największym gospodarstwem na południu, a później uderzę w sam środek. - każdy z mężczyzn potwierdzająco kiwnął głową. - Więc do dzieła.
  Bezszelestnie przemykałem się po obrzeżach lasu. Ciemne barwy mojego ubrania idealnie zlewały się z otoczeniem. Byłem nie do wykrycia. Wioska leżała w dolinie, poniżej  poziomu lasu, co skutkowało tym, że musiałem ześlizgnąć się w dół po skalnym zboczu. Było to trochę ryzykowane, nawet mimo później pory. W końcu jakiś wieśniak może poczuć pilną potrzebę odwiedzenia wychodka... Kij z tym.
    Wybiegłem ze swojej kryjówki, biegnąc wprost do zbocza. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Wolę działać, niż gdybać nad rzeczami, na które nie mam wpływu. Na ugiętych nogach ześlizgnąłem się w dół. Pistolet cały czas przyciskałem do piersi. Znów poczułem to dziwne uczucie. Cholera, nie daj się temu. Masz misje.
   Podkradłem się pod okno, nadstawiłem uszu. Nie słyszałem żadnych niepokojących dźwięków, światła wszędzie były pogaszone. Uśmiechnąłem się na myśl, że zaraz przeleję krew wroga. Sprawnym ruchem otworzyłem zamek i wszedłem do środka. Nie zachowywałem się już cicho, chciałem by wiedzieli, że przyszedłem...
   Z pomieszczenia po lewej nadszedł mężczyzna około czterdziestki. Nie zdążył wypowiedzieć, ani słowa. Jeden celny strzał i już po nim. Upadł na ziemię, a krew poczęła tworzyć czerwoną kałużę i wnikać w dębowe deski podłogi. Spokojnym krokiem ominąłem zwłoki i ruszyłem dalej. Zobaczyłem kobietę, szeptem instruującą kogoś jak ma przede mną uciec. Głupcy... Myślą, że nie znamy ich języka. Nie jesteśmy tak aroganccy i pyszni jak oni. Im lepiej znasz przeciwnika tym łatwiej go pokonasz.
   Zrobiłem kilka szybkich kroków. Nie chciałem w końcu, by jakieś gówniarze mi się wymknęły. Pach! Idealny strzał w głowę, kobieta padła na łóżko, zakrwawiając swoją błękitną pościel. Nagle z pokoju sąsiadującego z sypialnią gospodarzy usłyszałem przepełniony bólem krzyk kobiety. O mało co nie wypuściłem pistoletu z rąk. Ta rozpacz w jej głosie poruszyła moje serce, które przez tyle lat próbowałem uśmiercić. Co jest kurwa? O co tu chodzi? W mgnieniu oka dezorientacje przemieniłem w gniew.
   Wyciągnąłem pistolet przed siebie i wbiegłem do chyba salonu. Nie wiem jakim cudem, ale jakby wyczułem jej położenie, jeszcze zanim moje oczy ujrzały ją pod zabytkową, drewnianą szafą. Ten naród miał odmienną wiarę i wierzył przeróżne stworzenia,w tym anioły, a ja miałem wrażenie, że właśnie jeden zstąpił z nieba i stoi przede mną z przerażeniem w oczach, broniąc najprawdopodobniej swojego młodszego brata.  O-ona... jest piękna. Miała rozpuszczone, brązowe włosy, lekko kręcące się przy końcach. Jej skóra była śnieżnobiała, buzia lekko pociągła z wystającymi kośćmi policzkowymi. Usta drobne, zarysowane delikatną linią, a oczy... Oczy były błękitne, lśniły od powstrzymywanych łez, próbowałem z nich coś odczytać, ale nie byłem w stanie. O ile ciało zdradzało strach i panikę to oczy patrzyły na mnie twardo, próbując jakby wciągnąć mnie w swoją głębię i uwięzić, Szczerze mówiąc nie miałbym nic przeciwko.
   Wyglądała na tak kruchą i bezbronną... Z całych sił powstrzymywałem się, by nie podejść i przytulić jej. Potrząsłem głową. Cholera. Otrząśnij się, musisz ją zabić. Pistolet trzymałem luźno opuszczony w prawej ręce. Podniosłem go i wycelowałem w dziewczynę. Przymknęła powieki, a na jej czarnych rzęsach zabłyszczała, kryształowa łza. Pierwszy raz w życiu nie panowałem nad własnym ciałem... Cały drżałem. Próbowałem nacisnąć spust, ale nie mogłem...
   Opuściłem pistolet i wściekły zakląłem pod nosem. Co się do kurwy nędzy ze mną dzieje?! Ze wściekłością, walnąłem pięścią w ścianę. Dziewczyna zareagowała natychmiastowo: otworzyła oczy i jeszcze bardziej nakryła chłopczyka własnym ciałem.
- Zabij mnie. Oszczędź go proszę... - mimo, że jej głos brzmiał łamliwie, był najpiękniejszym dźwiękiem jaki słyszałem w życiu i wiedziałem, że nie jestem w stanie sprzeciwić się niczemu co wyjdzie z jej ust.
- N-Nie zabiję was. - Czy jest aż na tyle słaby, by nie panować nawet nad głosem? Żałosne...
Wiedziałem zarówno, że mi nie uwierzyła jak i, że znam jej język zszokowało ją.
- Ty mówisz w moim języku?
- Jak widać.
- Wy pierdolone świnie! - jej gniew zaskoczył mnie mimo, że był tak oczywisty. - Pewnie podsłuchiwaliście nas przez ten cały czas! - widziałem, że straciła panowanie nad sobą. Strach przerodził się w nienawiść. Zamaszystymi krokami podeszła do mnie, a ja nie byłem w stanie nawet podnieść na nią pistoletu. Chwyciła mnie za kołnierz mojej kurtki i zaczęła potrząsać. Wyglądało to dość komicznie, jakby nie patrzeć ona przy moim metrze dziewięćdziesiąt, był przynajmniej o dwadzieścia centymetrów mniejsza. Zdawałem sobie sprawę, że może wyrwać mi broń i strzelić do mnie, ale była tak blisko mnie... Czułem jej obezwładniający zapach, wziąłem głęboki wdech i rozpoznałem w nim woń fiołków.
   Ona tymczasem patrzyła na mnie z niezrozumieniem i szokiem.
- No dalej zastrzel mnie! W końcu jesteś tylko maszyną da zabijania! - krzyczała, uderzając pięściami w moją klatkę piersiową, zadając mi tym sposobem psychiczny ból.
Nagle usłyszałem jak ktoś wchodzi do domu. Kurwa... Pewnie chłopaki już skończyli z całą wioską. Delikatnie odepchnąłem ją od siebie i pokazałem, że ma milczeć. Rozejrzałem się po pokoju, a z tyłu usłyszałem nawołujące mnie głosy mojej drużyny. Nie było gdzie ich ukryć... Cholera, cholera...
  Byli już w środku. Chłopak schował się do szafy, a dziewczyna stała spanikowana, nie miała gdzie się nawet schować. Otwierali już drzwi do sypialni. Kurwa... Raz się żyje.
  W ułamku sekundy położyłem jej rękę na szyi i... pocałowałem ją. Reszta z mojej załogi wydała wiwatujące okrzyki, a ja gestem dłoni nakazałem im wyjść. Posłuchali, ale ja nie potrafiłem oderwać się od dziewczyny. Całowałem ją namiętnie i niemalże brutalnie. Przyparłem ją do fioletowej ściany w białe pasy i z dzikością smakowałem jej ciała. Wstrząsały mną dreszcze rozkoszy. Czułem, że i ona zapewne wbrew samej sobie reaguje na mnie. Jednakże nagle...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz